Spinning

Uniwersalny spinning – czy to możliwe

Wydaje mi się, że każdy wędkarz ma swoją jedną ulubioną metodę. Nawet jeśli w rzeczywistości łowi różnymi technikami, to pewnie gdzieś jest ta „naj…” Może ta odkryta jako pierwsza, ale na pewno obdarzona trudnym do określenia sentymentem?! U mnie miłość do wędkarstwa  nieco przekornie zaczęła się od bałałajki i łowienia z lodu, chociaż jestem zmarzluchem i niskie temperatury zdecydowanie mnie odstręczają. Miałam jednak obok siebie kogoś, kto tak skutecznie sprzedał mi tę metodę, że ani mróz ani śnieg nie mogły mi odebrać radości płynącej z siedzenia na lodzie  i oczekiwania.

 Chyba najbardziej kupiła mnie w tym prostota: niewielkich rozmiarów wędka, kawałek żyłki, nieduży haczyk… i robaki. Początkowo moje małe utrapienie, bo jednak miałam spore opory przed  dotknięciem i nałożeniem pinki. Zdecydowanie pomogło poobcowanie z ochotką, która jakoś pod względem konsystencji i  związanych z tym doznań percepcyjnych, bardziej do mnie przemawiała.

Później nastąpiła u mnie fascynacja różnorodnością wizualną mormyszek. Wędkarski handmade w tym zakresie jest nieograniczony. Myślę, że finezja tej metody była kolejnym argumentem przemawiającym „za”. Niestety jest to ten rodzaj wędkarstwa, który ma swój konkretny czas w ciągu roku i to wyłącznie przy odpowiednich warunkach pogodowych. Kontakt z kijem pochłonął mnie jednak na tyle, że musiałam znaleźć równie satysfakcjonującą alternatywę.

Spinning ma różne oblicza

To, co jednych zniechęca do tej metody, dla mnie było pobudką do jej wyboru. Mówi się, że spinning jest loteryjny. Fakt, ciężko w tym wypadku oczekiwać powtarzalności. Może się oczywiście zdarzyć, że wybierając jedno łowisko i testując na nim różne przynęty z czasem będziemy mogli określić, jaka z nich może się wykazać większą skutecznością, ale tak naprawdę pewności nigdy nie ma. Chyba to jest właśnie najbardziej pociągające – element zaskoczenia.  Dodatkowo to metoda w której możliwy jest ogromny rozstrzał pomiędzy sprzętem i przynętami. Sama swoją historię zaczęłam od kija, który z perspektywy czasu wydaje mi się  obecnie dość topornym rozwiązaniem  tj. Jaxon Zaffira TX 10-30g, przy jakim zwykle sięgałam po gumy w granicach 5-8cm z dość mocnym dociążeniem. Oczywiście wszystko dodatkowo z wykorzystaniem stalki i całkiem solidnej żyłki. 

Po czasie otrzymałam możliwość sprawdzenia się z czymś subtelniejszym. W moje ręce trafił Delphin Queen 2-10g. W długości samego wędziska różnica między tymi dwoma modelami nie jest specjalnie odczuwalna: poprzednik liczył 240cm, obecny egzemplarz 210. Jednak sama praca oraz fakt, że przy nowym kiju mogę zaszaleć z małymi przynętami, a mimo to podejmować próby wyjęcia całkiem sporych ryb, daje ogromną satysfakcję.

Guma czy…

Nie ukrywam, że początkowo spinning kojarzyłam wyłącznie z możliwością użycia gum. Z pomocą bieglejszych ode mnie w temacie osób, zostałam wprowadzona do tematu wędkarstwa UL. W tym momencie mogę śmiało stwierdzić, że na odkrycie czeka jeszcze XUL, tak bardzo spodobała mi się praca z małymi, naprawdę delikatnymi przynętami i bardzo czułym sprzętem. Kolejną nowością po przeskoku na niewielkie, słabo dociążone gumy były…muchy.  Tu, jak w przypadku wspomnianych mormyszek, porwała mnie mnogość wzorów i barw.  Zaczynałam od obserwacji, a z czasem próby tworzenia podjęłam sama. Moment, w którym na kiju czuć branie jest nieporównywalny z niczym innym, gdy ma się świadomość, że ryba wzięła na coś stworzonego samodzielnie. Moje pierwsze próby wizualnie zupełnie nie porywały, ale gdy zaczęły przynosić efekty, wkręciłam się jeszcze mocnej w temat. W moich dłoniach powstało kilka mniejszych bądź większych egzemplarzy. Takich które podbijają podwodny świat oraz tych unoszących się niemal na powierzchni. I w całej tej zabawie najlepszym aspektem jest fakt, że nigdy nie wiadomo, czego można się spodziewać.

Uniwersalny spinning – czy to możliwe

Tak było i tym razem

To miał być tydzień upływający pod znakiem codziennych wypadów na ryby, ale pogoda, a właściwie wysokie temperatury, szybko zweryfikowały prawdziwość tych założeń. Sobotni, leniwy poranek tuż po burzy okazał się idealnym momentem ku temu, by udać się nad wodę i spróbować tym razem swoich sił z użyciem całkiem sporej muchy. Do jej wykonania wykorzystałam haczyki Kamatsu K-100 roz.6 (do łowienia z bocznym trokiem, bo akurat takie miałam „pod ręką”). Chciałam, żeby w wodzie była dość mocno widoczna, więc  na tułów złożyła się srebrna syntetyczna wstążka okręcona dodatkowo drucikiem w kolorze miedzianym ( dla wzmocnienia całości, zgodnie z zasadą w odwrotnym kierunku). Dla kontrastu użyłam sarniej sierści w kolorze zgaszonej zieleni, a w ramach „dociążenia” wykorzystałam złote metalowe oczka. Była to jedna z moich pierwszych prób mocowania ich do haczyka za pomocą nici na tzw. ósemkę.  Właśnie dzięki ich wadze, mam możliwość rzucenia nią na około 6-8m od brzegu, co akurat na łowiskach które odwiedzam, jest optymalną odległością.

Uniwersalny spinning – czy to możliwe

Różnorodność – drugie imię spinningu

Wędrówki ze spinningiem mają swój niepowtarzalny urok. Można spędzić nad wodą długie godziny i nie mieć na haczyku nic, a można też wyskoczyć na 1-2 godz. i wyjąć w tym czasie najróżniejsze okazy. A jeszcze innym razem może być gatunkowo monotematycznie- nie ma zasady. Chociaż można się skłonić ku temu w jakich momentach dnia ryby żerują, to jednak nie daje nam to żadnej gwarancji na powodzenie, a jednocześnie nie oznacza też, że nic się na kiju nie znajdzie. Tym razem okoliczności zapowiadały się całkiem dobrze: dookoła roznosił się przyjemny zapach parującej po deszczu ziemi, panowała tak pożądana przeze mnie cisza, a jednocześnie na tafli było widać, że coś się dzieje. Nie mniej jednak dojście na łowisko i wyszukanie stanowiska wymagało odrobiny zaangażowania, bo mokra trawa i ziemia nie zapewniały stabilnego podłoża. Nie trudno było o nieplanowane zjechanie po zboczach zbiornika wprost do wody. Szczęśliwie udało się obejść bez takich atrakcji. 

Uniwersalny spinning – czy to możliwe

Grając w zielone

Na początek wybrałam miejsce dość mocno wyeksponowane, bez większych zarośli na brzegu. Głębokość w tym fragmencie zbiornika nie przekracza 1 m (przy brzegu około 0,5m), a przy dobrej przejrzystości wody można podpatrywać ryby w akcji, podczas brań. Dno jest muliste i miejscami mocno porośnięte, więc wymusza dość szybkie podbijanie przynęty, tak by uniknąć jej wplątania się w podwodną roślinność. Stanowisko to okazało się być dzisiaj idealnym schronieniem dla niewielkich okoni, które co rusz przepływały niemal pod samymi nogami. Na złotooką skusiło się tylko dwa z nich. Nie były to zbyt spektakularne okazy, bo w granicach 12-15cm. Zdawałam sobie jednak sprawę, że tym razem rozmiar haczyka stanowił skuteczną blokadę przed tymi najmniejszymi.

Im słońce pojawiało się wyżej na niebie, tym bardziej zaczęłam szukać schronienia w zaroślach. Chyba podobnie było z rybami, bo kolejna z wybranych miejscówek zaowocowała dwoma małymi szczupakami. Cóż, w przypadku tych okruchów pokusa okazała się większa, bo kilkukrotnie czułam podskubywanie. Na zbiorniku zaczął się w pewnym momencie wzmożony ruch. Przy trzcinach co rusz dało się zauważyć większe osobniki, jednak po cichu liczyłam na to, że żaden sporych rozmiarów szczupak nie skusi się na moją muchę. Mam świadomość, że już przy 40-50cm okazach żyłka 0,14 ma średnie szanse powodzenia. Znam też smak rozczarowania, gdy po długiej walce, niemal przy samym brzegu słychać jedynie charakterystyczne „pstryk”.

Uniwersalny spinning – czy to możliwe

Nieopodal na tafli zaczęły się pojawiać charakterystyczne kółka. Nastawiałam się na wzdręgi, w które bogaty jest ten staw, ale po kilku wykonanych rzutach wiedziałam już, że na haczyku mam coś większego. W odległości 3-4 metrów od brzegu zobaczyłam swojego aktualnego przeciwnika – karasia. W przypadku tych ryb- nikłe, ale jednak, doświadczenie nauczyło mnie, że lepiej mieć pod ręką podbierak, o ile chce się wyjąć rybę wraz z zestawem. Złota piękność w chwilę później znalazła się na brzegu, dając mi tym samym ogromną satysfakcję.

Po wypuszczeniu do wody nie spodziewałam się szybkiej kolejnej reakcji, jednak kolejny rzut zaowocował nową rybą. Widocznie wybrały się na żer w większym gronie 😉 Oczywiście miałam ochotę na więcej, i więcej, bo prawdą jest, że apetyt rośnie w miarę jedzenia, jednak pojawiająca się na horyzoncie chmura i następujące po sobie kolejno grzmoty szybko zmobilizowały mnie do powrotu. Najciekawszym doświadczeniem tego wypadu, było „branie parami”. Konkretne zejście do wody równało się okazom z tego samego gatunku. Ciekawe i w przypadku tej wody, którą znam stosunkowo dobrze, zaskakujące. Równie mocno, co różnica w rozmiarach wyholowanych tego dnia ryb.

Może Ci się przydać

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *