Relacje z nad wody

Jesienny San – w poszukiwaniu wielkiego lipienia

San – taka jesienna wędkarska wycieczka w Bieszczady miała potencjał na to, aby stać się cykliczną, coroczną inicjatywą. W zeszłym roku byłem nawet dwa razy, oba przypadły na listopad i choć raz połowiłem bardzo dobrze, to pozostał niedosyt, bo przecież w październiku, kiedy dzień dłuższy i lipień aktywniejszy, mogłoby być lepiej. Tym razem z dużym wyprzedzeniem zarezerwowałem w kalendarzu dwa dni w samym środku października. Potem jeszcze okazało się, że dołączy do mnie jeszcze kumpel i dobrze, będzie trochę raźniej. Jedziemy!

W całym przedsięwzięciu najmniej przyjemna jest droga. Niestety trzy godziny pokazywane przez nawigację rzadko okazują się prawdą, na szczęście rzeka nadrabia to później urokiem, bo choć tym razem przed nami były dwa dni łowienia, to i tak podczas ostatniej godziny podróży pojawia się zwątpienie i rozkminka nad zasadnością takich pomysłów. Na miejscu byliśmy po czterech godzinach, zakwaterowaliśmy się w świetnie dostosowanej do potrzeb wędkarza „Głowatce” i nie zostało nam już nic innego jak z samego rana zaczerpnąć uroku Bieszczad znad samiutkiego Sanu. Po drodze odebraliśmy licencje od Strażnika, chwile pogawędziliśmy i tutaj padło kilka zdań, które zasiały w naszych głowach niepokój: „Lipienia jest jakby mniej, to już nie te lata. Pstrąg się trzyma dobrze, ale liczebność lipienia, tak jak i w całym kraju, tak i w Sanie po prostu maleje”. Było więc o czym rozmawiać do późnych godzin wieczornych i choć realia ostudziły trochę mój zapał, to jednak najmocniejszą bronią każdego wędkarza jest nadzieja i tej ani nad Sanem, ani nigdzie indziej nigdy mi nie brakowało.

Vlog #37. Czyli wersja video naszego wypadu. Sama długość filmu zdradza, że to nie był najlepszy wędkarsko wypad. Na szczęście okoliczności natury i Towarzystwo nie zawiodły i reasumując to były na prawdę świetne dwa dni.

Nimfa

Z racji dość wczesnej pory zaczęliśmy od mikronifmy i pierwsze rybki siadały dość szybko jednak były to pstrążki. Po chwili mój Kompan łowi całkiem niezłego lipienia, jednak przekonany o tym, że to tylko dobre początki jeszcze lepszego, nie chce nawet fotki i łowimy dalej rozglądając się wokół za zbiórkami ryb, których mimo postępującego dnia próżno było szukać na powierzchni. Pod wiatę Vision zaczęło zjeżdżać coraz więcej wędkarzy. To miejsce ma prawdziwy wędkarski magnes i połowić tam w spokoju, i w samotności da się albo wcześniej rano, albo późnym wieczorem. Zdecydowaliśmy się przenieść na „dołki głowacicowe” i tam faktycznie do końca dnia łowiliśmy w samotności. Dosłownie, bo ryby też odwiedzały nas rzadko i nie tylko nas, bo każdy napotkany wędkarz wypowiadał się w podobnym tonie do wspomnianego Strażnika. Muszę przyznać, że po takiej wędkarskiej dniówce nawet nad pięknym Sanem można dostać stresu. Nie wiem czy przez cały dzień łącznie wyjąłem dziesięć rybek, a lipieni takich, które były większe od dłoni złowiłem prawdopodobnie dwa. U mojego Towarzysza nie było lepiej i zdecydowanie należy tutaj wspomnieć, że oboje jesteśmy raczej niedzielnymi (jeszcze 😉 ) muszkarzami, jednak wędkarze łowiący w okolicy naszych stanowisk zdawali się być w podobnej sytuacji.

Oczywiście, znając swoje szczęście, ale też właśnie świadom swoich wędkarskich umiejętności brałem z pokorą, to co dawał San. Tłumaczyłem sobie, że pewnie dziś słabo żerują, że pewnie nie trafiłem z muchami, że na spokojnie, że w końcu trafię, jak nie trafię, to wychodzę, i tak dalej, i tak dalej… . Gorzej tylko, że każdy napotkany wędkarz rysował nam opowieściami smutną rzeczywistość, że lipienia w rzece faktycznie jest już całkiem mało. Ktoś to opowiadał o tym, że jeździ tylko dlatego, że nie ma gdzie jechać, kolejny wędkarz, że chodzi już tylko za głowacicą, bo szanse na spotkanie się z lipieniem i głową są podobne. Na szczęście moja szklanka jest zawsze do połowy pełna, bo po tym co usłyszałem (i połowiłem) następnego dnia na ryby po prostu bym nie wstał.

Dzień drugi

Po pierwszych dwóch kwadransach wiedzieliśmy, że znów lekko nie będzie. Przynajmniej pogoda tego dnia była piękna. Pełne słońce i zero chmurek, to dawało możliwość nacieszenia się piękną, bieszczadzką jesienią. Tyle tylko, że w łowieniu ryb generalnie chodzi o… łowienie ryb. Pierwszą rybę łowię dopiero na samym końcu dobrze obłowionej nimfą płani, kątem oka widzę pierwsze, pojedyncze zbiórki. Trochę tak, jakby słońce obudziło ryby do jedzenia z powierzchni. Rójka początkowo była taka sama jak dzień wcześniej, drobniutka szara „sieczka” roiła się najintensywniej w okolicach przedpołudnia, potem na dłużej intensywność spadła, ale w okolicach godziny czternastej znów było dość intensywnie. To zmobilizowało mnie do sięgnięcia po suchara, pomimo tego, że przez dobrych kilkadziesiąt minut odpoczywaliśmy na dużej pięknej płańce na końcówce odcinaka specjalnego i nie widzieliśmy przy tej okazji (uwaga!) ani jednego oczka. Z sucharem ruszyliśmy na odcinek powyżej wiaty Vision, tutaj co jakiś czas oczka się pojawiały i ryby zrobiły się nawet aktywne, jednak nie udało mi się oszukać niczego, co byłoby większe od dłoni.

Jesienny San – w poszukiwaniu wielkiego lipienia
Wymęczony. Już nieco ładniejszy.

Znowu nimfa

Końcówkę dnia spędziłem znów poniżej wiaty, zawiązałem nimfę i chciałem skorzystać z tego, że nad wodą nie było już nikogo. Przełowiłem całą rynnę, zanotowałem dwa brania, złowiłem jednego lipienia i trzeb było ruszać w drogę powrotną, która wraz z wędkarskim doznaniami nad wodą postawiła na jakiś czas krzyżyk nad kolejnym wyjazdem nad San. Być może przy okazji jakiegoś weekendu z rodziną, być może jakieś krótkie wakacje z wędką, ale zdecydowanie San nie daje dziś już tych lipieniowych możliwości, które dawał jeszcze kilka lat temu, a nad brzegami snują się coraz to bardziej dramatyczne licytacje powodów takiej sytuacji. Z jednej strony kormorany, z drugiej głowacice, a z trzeciej zła gospodarka. Wędkarzy ciągle jednak nie brakuje, bo co jak co, ale to jednak San daje ciągle możliwość spotkania się z wielkim lipienie. Ciągle to właśnie z tej rzeki dość systematycznie wędkarze meldują piękne, wielkie i czarne kardynały, i aż strach pomyśleć, że kiedyś może się to skończyć. Tym bardziej, że dość próżno szukać w Polsce następcy Sanu. Jest ciągle rybna Łupawa, na której to lipień powyżej 40 cm stanowi jednak nie lada wydarzenie. Jest Dunajec na którym internety i poczta pantoflowa zdradza coraz większe pogłowie lipienia. Jest sporo mniejszych rzeczek na których ta ryba występuje w przyzwoitych ilościach, jednak póki co żadna z nich nie daje tych możliwości, jakie kiedyś dawał właśnie San.

Jesienny San – w poszukiwaniu wielkiego lipienia
O takich możliwościach właśnie piszę. Były czasy, gdy podobno takich ryb można było złowić kilka podczas jednego dnia. Ta ze zdjęcia jest z listopada 2020.

Może Ci się przydać

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *