SpinningSztuczna MuchaWędkarskie opowieści

Z wędkarskiego pamiętnika – Pierwsza wyprawa na troć

Dziś, pamięcią sięgam do roku 2011. Osiem lat temu pierwszy raz miałem okazje łowić trocie. Łowić to za dużo powiedziane, bo skończyło się bez ryby, ale od tamtej pory cyklicznie co roku, z kilkoma Zapaleńcami, w pierwszych dniach stycznia meldujemy się na którejś z pomorskich rzek. Przez te osiem lat różne rzeki wiodły prym w klasyfikacjach złowionych ryb, ale ciekawe jest to, że w tak krótkim czasie rzeka potrafi się zamienić z trociowego eldorado, w rzekę niemal pustą. Gdy w roku 2011, stałem nad brzegiem Łeby, była to absolutnie topowe trociowe łowisko, a sezon w latach 2009 i 2010 to małe, polskie eldorado. Od kilku sezonów jest zupełnie odwrotnie. Po drodze takie „mini sezony” przeżywała też Łupawa, Drwęca, Rega, Reda, Słupia, i tylko Parsęta i Ina na przestrzeni tych lat wydaje się być w miarę stabilna. W miarę określa tutaj też ilość ryb w rzece.

Tymczasem zapraszam Was do cofnięcia się razem ze mną w czasie:

„O 17.30 wsiadam w pociąg relacji Warszawa – Łódź. Świadomość, że na pewno czegoś zapomniałem towarzyszy mi przez całą drogę. Nic to. Ważne, że kij i kołowrotek jest. Łódź przywitała mnie siarczystym mrozem i dworcem, który w swojej nowoczesności zatrzymał się gdzieś w PRLu, a prośba o remont wychodzi tu z każdego kąta. Na szczęście Łódź to tylko przystanek na trasie do Słupska i Lęborka, gdzie wraz z trzema kompanami mamy ruszyć szlakiem troci i łososia. Dla mnie to debiut. Z rozmyślań o tym, w którą stronę będę trzymał ryby do fotek, wyrywa mnie telefon. „Hołowczyc mówi, że za dwie minuty będziemy pod dworcem”. Hołowczyc to oczywiście głos z nawigacji samochodowej, który prowadzi Kolegów z Olkusza i Sosnowca. Zeszło jeszcze 20 minut i jesteśmy w komplecie. Przed nami 400 km.

Za Bydgoszczą niespodzianka. W środku nocy odwiedzamy, zaprzyjaźnionego przez jednego z naszych, znakomitego łowcę trocie. Wita nas kawą i trochę gawędzimy. Opowiada o Drwęcy, rozpoczęciu sezonu. Na koniec dostajemy po wahadłówce z jego warsztatu. Świetna przynęta, udało mi się jej nie urwać i myślę, że przed kolejnym trociowym wyjazdem, spokojnie może konkurować z choinkowymi bombkami na świątecznym drzewku. Istne cacko.

Słupia

W Słupsku jesteśmy o 4 rano. Do siódmej drzemka w samochodzie, opłaty na okręg słupski i już nic nie może nas powstrzymać. Kierunek Słupia w Bydlinie. Parkujemy w lesie. Cholernie mrozi, zanim cokolwiek zrobimy, zanim cokolwiek się wydarzy, najpierw idziemy ją zobaczyć. Skrzypiący śnieg, przeszywający wiatr i trochę jakby… kawy za mało. Nic to, może i to będzie trudny dzień, ale jakże wyczekiwany i Ona – rekompensuje wszystko, płynie tutaj przez pół leśny teren. Jest piękna.

15 minut później już grzebiemy w bagażniku i dzielimy się wnioskami na temat zabranego sprzętu:

– Ale pała.

– Ja mam 0,36 mm. –

– Zacznę chyba od obrotówki.

Snują się plany, a w tym czasie wszyscy zbroją się na cebulkę. Głębszy łyk czegoś mocniejszego i już pierwsze rzuty. Serce bije szybciej, powolne ruchy kołowrotkiem, przytrzymanie w nurcie. Nie tym razem. Gdzieś z prawej słyszę Kumpla i klasyczne „ale urwał”. Zaczęło się na dobre. Pierwszy zakręt, a do niego przytulony potężny nawis. Delikatnie na kolanach, nie za blisko brzegu, obławiam nie mogąc przynęty sprowadzić do dna. Ale jama. Odczuwam powoli pierwsze bule w nadgarstku. Każdy rzut spod ręki, a jak się okazuje trociowy kij trochę waży. Spokojnie, nigdzie się nie śpieszy.

Pierwsze branie

Kolejny zakręt, pięknie powalone drzewo. Na końcu linki obrotówka, która idealnie wylądowała pod drzewem. Ponawiam kilka razy i nagle, na środku rzeki, dwa szybkie, energiczne szarpnięcia. Zacięcie minimalnie spóźnione. Moje ręce trzęsą jak na detoksie. Niewiele myśląc ponownie ślę wabik pod zawadę. W zwolnionym tempie widzę jak majestatycznie żyłka okręca się kilka razy wokół gałęzi. Oznaczać to może tylko jedno. Szarpię się z tym dłuższą chwilę, zrzucając sporo gałęzi do wody, oczywiście żyłka przeciera się, a obrotówka spada do wody. Pośpiesznie wiąże kolejną, ale idę kawałek dalej. Nawet jeśli nie spłoszyłem tej ryby, to i tak poryczała się tam już ze śmiechu.

Na polance zasypanej śniegiem przysiadam się do Chłopaków na coś ciepłego. Dzielimy się wnioskami, sypią się żarty. Niepowtarzalny klimat.

– Na takie branie czeka się dwa lata.

– Chyba Ty.

– No chyba, że to był karp.

Koniec świata

Idziemy dalej. Czujność wróciła, wędki w łapy, na kolana i … z nieba zaczyna padać coś dziwnego. Coś między gradem, śniegiem a deszczem. Szybka decyzja.

– Panowie odwrót. Ta breja zamarza, a wątpię by tu mieli podgrzewane drogi.

– O ile w ogóle mają drogi – dorzuca ktoś z chichotem.

I znów żarty. Do czasu. Drogę do Lęborka ( 60 km ) pokonujemy tempem 20km/h, bez hamulców, choć hamulce w samochodzie były w najlepszym porządku.

– To jest chyba koniec świata.

– To jest taki koniec świata, gdzie jest nic.

– Końce świata są dwa, bo na Maczkach jest koniec świata gdzie są krzaki. *

Ostatnie 10 km polną drogą do kwatery upływają nam nad analizą pojęcia koniec świata i nad szukaniem sklepu, który znaleźliśmy kilometr za końcem świata.

Wieś Redkowice – kościół, szkoła, trzy stawy i kilka domów. Jeden z nich to nasza kwatera. Przemili gospodarze, całe piętro do dyspozycji. Pokój na głowę, a w jednym kino domowe. Ponadto wyposażona kuchnia i bardzo schludna łazienka, a to wszystko za 30 pln od łebka za dobę. Rewelacja!

Czas na strawę, do tego trochę nalewki, nawet cała butelka i telewizor. Jutro Łeba. Analiza dzisiejszego dnia, krótkie wnioski. Nowy dzień, nowe szanse. 0 18.30 wszyscy padli jak dzieci.

Z wędkarskiego pamiętnika – Pierwsza wyprawa na troć
Warunki nie były łatwe. 2011 rok to ostatni, który pamiętam z tak obfitym śniegiem na początku roku.

Łeba

Budzik w telefonie dzwoni o 6, po 12 godzinach snu jednak nikomu nie był straszny. Toaleta, śniadanie, pogoda w TV i już jesteśmy nad brzegiem Łeby. Rzeka całkiem inna, na pierwszy rzut oka brzydsza, prostsza, wręcz kanałowa. Jesteśmy w Chocielewku. To tu Majowy w zeszłym roku cieszył się piękną trocią. To dodatkowo mobilizuje. Ja idę w dół, Chłopaki w górę. Nad brzegiem zapanowała odwilż, jest ciepło, choć dalej mocno wieje. Dokładnie obławiam każdy metr wody. Wobler, wahadło, obrotówka, nawet guma. Nic. Dochodzę do ujścia kanału, niżej nie pójdę. W drodze do kompanów spotykam Kumpla, który uruchomił muchówkę.

– Złamałem spina..

– Jak to?

– Zaczep myślał, że da mi radę. Dał tylko wędce.

U góry rzeka ciekawsza, węższa, co rusz zwalone drzewa, podmyte burty. Nagle donośne „Kurw…..” echo niesie po brzegu. Podchodzę bliżej. Krzysiek próbuje złowić swój piórnik z przynętami. Jakimś fartem się udało, dobrze bo trochę ładnych zabaweczek by przepadło. Rzut za rzutem, godzina za godziną coraz bliżej wieczora. Nadzieje nie gasną. Jest cynk o rybie która notorycznie wychodzi do przynęt na jednej miejscówce. Próbujemy. Gdzieś z boku ktoś zalicza branie na streamera, kto i inny na blachę. Wszystko to jednak bez kropki nad i. Przed 16 wracamy do samochodu. Podsumowując… dziś nic już tego nie będzie.

– W moim pudełku powoli wieje przeciąg.

– Dostałem obrotówką w czoło, ale z zaczepu wyrwałem. Co więcej, wyrwałem też zaczep i mam trzy przynęty więcej.

– a może by tak… na przykład małe piwko ?

Tak też było tego wieczoru – Grzane, gorzka, nalewka. Dla takich spotkań, z takimi ludźmi, warto choćby bez najmniejszego powodzenia…

Dzień trzeci i ostatni

Sobota. Dla mnie to ostatni dzień. Ciężko wstać, ból głowy i to nie ze względu na wczoraj. Po prostu mnie przewiało. Jestem zmęczony jak pierwszego dnia wieczorem. Ładuję w siebie leki, Ktoś je śniadanie, Ktoś szuka kawy. Późno się zebraliśmy, do tego jeszcze błądzimy po wiosce. Dziś ma być Łeba w Żelazkowie. Dotarliśmy po 9, tym razem Krzysiek uzbroił muchówkę i delektuje się bezwietrznym, ciepłym dniem.

– Tu już nawet o ryby nie chodzi, starcza przyjemność z tego rzucania.

Rozdzielamy się, ja z Piotrkiem zostaję na jamie pod mostem. Pozostali to w górę, to w dół

– Sięgasz dna?

– Odkąd przestałem pić to nie sięgam.

Z wędkarskiego pamiętnika – Pierwsza wyprawa na troć
Łeba. Jama pod mostem. Przede wszystkim bankowe miejsce.

Widziałem troci cień

Opadam z sił, jednak idę w dół, mijam wszystkich zatrzymuję się na bankówce, gdzie zwalone jest pół lasu do wody. „Ktoś koniec świata wrzucił do wody”. Siadam i czuję się fatalnie, lecz by nie mieć wyrzutów sumienia przyjmuję dobrą pozycję, by móc spokojnie, na siedząco, obławiać. „Ale tu porwę”. I tak sobie siedzę, rzucam, rwę, rzucam, zwijam, rwę. Przerwa na bułkę. Rozglądam się, patrzę w górę. „Ale się chłopaki przyłożyli” Piotrek siedzi dalej na dziurze, a Krzysiek przemieścił się może 20 metrów w dół. Czarek jedynie jakby bliżej mnie. Siły po bułce wróciły, choć sam nie wiem, czy faktycznie wróciły czy się tylko oszukuję. Idę w górę, długa prosta i metr po metrze. Dochodzę zrezygnowanego Piotrka, krótka wymiana zdań, zmieniamy brzegi i znowu w dół. Krzysiek z daleka:

– Widziałem rybę, ja pier… , tu przy brzegu miałem walnięcie, ponadto chwilę później pokazała się cała na środku rzeki, potężna, dobra osiemdziesiona.

Niewiele myśląc cofamy się na miejsce zdarzenia i biczujemy, ja wahadłem, Krzysiek streamerem. Piotrek siedzi z boku na pniu i przygląda się dwóm nakręconym dziwolągom. Po 20 minutach przeszło i mnie, Krzysiek nawet nie zamierza przestać. Powoli dociera do nas, że to koniec tego dnia i całego trociowania. Trochę żal, może za rok… . „Odbijemy w czerwcu na Łupawie.”

Kwatera, kolacja, piwo, telewizor i… księga gości gospodyni kwatery, w której znalazł się nasz wpis i znajdzie się nasze zdjęcie. Uprzejmy gospodarz dostarczył mnie na dworzec w Lęborku. Chłopaki zostają do jutra…

__________________________________

1.Maczki – dzielnica Sosnowca przez którą płynie Biała Przemsza. Trudny technicznie odcinek rzeki pstrągowej, z jeszcze trudniejszym podejściem do wody za sprawą bardzo zarośniętego terenu.

Może Ci się przydać

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *